Relacja z pierwszej wycieczki rowerowej w ramach akcji Węgrzce na sportowo
Wszystko ma swój początek i koniec.
O końcu będziemy pisać na zakończenie sezonu, a dzisiaj piszemy o początku – początku II sezonu wydarzenia „Węgrzce na Sportowo – wycieczki rowerowe”. Entuzjazm z rozpoczęcia sezonu ostudziła nam pogoda i nie chodzi jedynie o sobotnie intensywne momentami opady deszczu, ale również niedzielny poranek, który nie nastrajał optymizmem. Jednak mimo nie do końca korzystnych warunków pogodowych z minuty na minutę przy boisku sportowym w Węgrzcach przybywało spragnionych miłośników przygód rowerowych. Czemu dzisiaj sami Panowie? Może ze względu właśnie na panujące warunki. Ale naprawdę nie było się czego obawiać drogie Panie – po co płacić za maseczki błotne, skoro dzisiaj mogłyście mieć je za darmo! Przy okazji pozdrawiamy serdecznie Panią Sołtys życząc szybkiego powrotu do zdrowia, aby mogła w końcu wybrać się z nami na kolejną wycieczkę – już za miesiąc – 5 maja.
A my powróćmy do relacji z dzisiejszej jakże udanej wycieczki do Ojcowa. Określając tą wycieczkę jedynie jako „Wycieczka do Ojcowa” nie wyrażamy tego co dokładnie widzieliśmy i gdzie byliśmy. Nasz prowadzący zabrał nas swoją ulubioną trasą o nazwie „Ojców z lotu ptaka”. Co takiego kryje się pod tą intrygującą nazwą, mogliśmy przekonać się po wdrapaniu się do góry z Doliny Prądnika do miejscowości Maszyce. Podjazd leśnym wąwozem wydawał się nie mieć końca, a im dalej tym bardziej stromo. Prowadzący obiecał jednak nagrodę w postaci pięknego widoku z góry na Dolinę Prądnika i dotrzymał słowa. Dodatkowo jeszcze odwiedziliśmy Jaskinię Maszycką – taka dość nietypowa jaskinia z „dziurą w suficie”. Tu niestety musieliśmy pożegnać dwóch uczestników: Ambrożego i Samuela, gdyż w jednym z rowerów urwał się hak mocujący przerzutkę i nie można było kontynuować dalszej jazdy. A że koledzy byli razem więc Ambroży pozostał z Samuelem, by towarzyszyć w podróży powrotnej do Krakowa autobusem komunikacji miejskiej. Dostaliśmy informację, że dotarli bezpiecznie do miasta. Szkoda, że tak się stało, ponieważ od powrotu do Krakowa dzielił nas już tylko zjazd wąwozem do Doliny Prądnika.
Po zjechaniu dość trudnym i wymagającym zjazdem – szczególnie po obfitych opadach deszczu – ruszyliśmy w drogę powrotną do domów na pachnącego schabowego. Do pokonania pozostał jeszcze jeden wyczerpujący podjazd – Kwietniowe Doły do góry czyli do Giebułtowa. Po krótkiej przerwie na górze ruszyliśmy dalej. Kilometry nam leciały jeden za drugim i szybko dotarliśmy do Zielonek, następnie przez Witkowice, a dokładniej las w Witkowicach, przejechaliśmy – dzisiaj po raz drugi – przez Bibiczankę i zostały nam już ostatnie kilometry do domów.
Wszyscy dotarli cali, szczęśliwi i… ubłoceni po uszy 🙂 Dziękujemy za wspólną jazdę i do następnego razu!




